Energia i witalnośćHelena Norowicz skończyła 90 lat. Czy ma patent na długowieczność?

Helena Norowicz skończyła 90 lat. Czy ma patent na długowieczność?

Helena Norowicz skończyła w listopadzie 90 lat. Dojrzała aktorka i modelka stała się twarzą polskiej silver generation, przełamując konwencję życia w starszym wieku. Nam opowiedziała o swoim życiu, jak dbała o zdrowie, dlaczego nie zdecydowała się na dzieci i jaką traumę przeżyła w dzieciństwie.

Helena Norowicz
Helena Norowicz
Źródło zdjęć: © Licencjodawca

Joanna Rokicka: Niedawno skończyła pani 90 lat. Czy poza ograniczeniami fizycznymi czuje pani, że coś się zmieniło w ostatnim czasie?

Helena Norowicz: Dużo się zmieniło, dlatego, że przede wszystkim mam mniej siły. Lubię chodzić po zakupy na bazar i jak jeździłam samochodem, to mogłam naładować, ile mi się podobało. Szczególnie że wtedy jeszcze żył mąż. Teraz chodzę na bazar, który jest dosyć daleko, ale dostanę tam wszystko i w niższej cenie. Na przykład moje ulubione awokado. Kocham ten owoc, uwielbiam go i zawsze do sałatki warzywnej dodaję.

Jaką ma pani receptę na długie życie?

Nie mam żadnej metody (śmiech). Poza tym nie wiem, jak to się stało, ale mam taki organizm, który umie rezygnować z rzeczy niekorzystnych, a lubi rzeczy dobre dla zdrowia. Na przykład nigdy nie przepadałam za słodyczami i słodkimi daniami i w ogóle nie jadłam dużo, więc nie dodawało mi to kalorii.

Moją główną pasją była praca. Lubiłam też chodzić po lesie, zbierać jagody, grzyby i właściwie kontakt z naturą był dla mnie dosyć ważny.

Dalsza część artykułu pod materiałem wideo

Polacy nie mogą żyć bez suplementów. Farmaceuta nie ma wątpliwości

Czy pani zdaniem są jakieś zalety starości?

Gdyby to ode mnie zależało, to bym tę starość trochę złagodziła, bo się różnie objawia -występuje demencja i człowiek nie pamięta albo jest niemożność poruszania się. To są poważne cierpienia, które nie tylko samą starszą osobę obciążają, ale także osoby z jej otoczenia. A w związku z tym, że mężczyźni żyją krócej, to mniej tego doznają...

Wiemy już, że się pani nie przejadała i nie jadła byle czego, a to przyczyna wielu kłopotów zdrowotnych Polaków...

Tak, to jest podstawa i zawsze to było we mnie. Jak jeździliśmy z teatrem po świecie czy nawet po Polsce, to gdy koledzy przyjeżdżali po dwóch, trzech godzinach podróży samolotem czy pociągiem, to natychmiast szukali czegoś do zjedzenia. Ja nigdy. Nie miałam uczucia łaknienia. Moja koleżanka z teatru mówiła do mnie: "Ty masz wredny charakter, bo ty nie musisz jeść, nie musisz się rzucić na jedzenie, nie musisz zajadać smutków".

Ludzie często zajadają problemy.

Jak miałam jakieś problemy, to przestawałam jeść. Mówię, że mogę głodówkę prowadzić, jak trzeba zaprotestować przeciwko czemuś, bo ja mogę nie jeść. To zostało mi do tej pory. Miałam co prawda problemy z żołądkiem, ale to było na tle nerwicowym i zaczęło się jeszcze w szkole teatralnej.

Zaczęłam studia w 1954 roku, skończyłam w 1958 i było trudniej o pracę, bo filmy nie rodziły się tak jak teraz, na pniu, a telewizji jeszcze w ogóle nie było, teatrów też znacznie mniej. Akurat nasz rok był dosyć ciekawy, bo studiowała ze mną Jadwiga Barańska, Andrzej Maj, Andrzej Kopiczyński. Ja się na tych studiach bardzo denerwowałam, bo nie wiedziałam, co ze mną będzie i czy zostanę w szkole.

Skończyła jednak pani szkołę teatralną, a teraz sprawdza się pani jako dojrzała modelka. Nigdy nie jest za późno na zmianę zajęcia?

Zawsze umiałam się dobrze ubrać. To nie tak, że wydawałam ogromne pieniądze, ale w tym czasie dużo ciekawych rzeczy można było znaleźć na "ciuchach". Chodziłam tam i dobierałam sobie ubrania. Ludzie zwracali na mnie uwagę, pewnie miałam styl, ale też rzeczy, które nosiłam, zwracały uwagę i sprawiały wrażenie, że to jest jakiś ciekawy dom mody.

W tym czasie były pracownie krawieckie w teatrze. Kochałam skórę, zbierałam różne materiały i sobie kombinowałam, a potem szłam do krawca i on mi to szył. Chodziłam nawet do pracowni męskiej. Ale jak dostałam nagrodę Ikony stylu jednego z magazynów modowych, to byłam absolutnie zaskoczona. Pomyślałam, że to niemożliwe, że osiemdziesięcioletnia kobieta dostaje taką nagrodę.

Trafiła pani na okładki magazynów, pozowała do sesji zdjęciowych i kampanii reklamowych. Udowodniła pani, że atrakcyjnym, pięknym i zdrowym można być w każdym wieku.

Ja nie jestem próżna. Byłam szczęśliwa wtedy, kiedy pracowałam w teatrze, natomiast sama popularność mi nie imponowała. Kiedy ktoś mnie pokazywał, zwracał na mnie uwagę, to nawet mi to przeszkadzało. Cieszę się, ale mam w świadomości, że trzeba po prostu oswoić ludzi, powiedzieć, żeby kobiety nie czuły się wyeliminowane z życia wtedy, kiedy chcą żyć. I niech każdy żyje według własnych potrzeb. Tylko te potrzeby trzeba sobie w głowie jakoś ułożyć.

Branża mody jest zdominowana przez młodość, a i tak się tam pani doskonale odnalazła. Jak to możliwe?

W modelingu bardzo pomógł teatr, bo wchodzenie w różne postaci człowieka rozluźnia. Kiedy zaproponowano mi, żebym wzięła udział w pokazie mody, to się zgodziłam. Myślę sobie: "Dobrze, przecież jesteś aktorką i umiesz się wcielić w jakąś postać. Przyzwyczajona jesteś do tego, że robią ci zdjęcia. No to o co chodzi? Idź i spróbuj". Powiedziałam, że wyrażam zgodę. Ale mąż był tym bardzo zaskoczony. Mówił: "Boże, coś ty zrobiła? Wydałaś na siebie jakiś wyrok kpiny, śmiechu i żartu". A ja mu odpowiedziałam, że zawsze ktoś się ze mnie śmiał i jestem do tego przyzwyczajona.

Nie obchodzi mnie to, bo chcę spróbować, robić swoje i nieważne, czy komuś z tym będzie do śmiechu. Jestem naprawdę pełna podziwu dla tych ludzi, którzy nie znają mnie osobiście, ale wyrażają swoją sympatię i aprobatę dla mnie. To jest bardzo ważne, szczególnie że się czuję trochę osamotniona, ponieważ mój mąż zmarł, a rodzinę mam tylko trochę dalszą.

Mąż umarł 20 lutego, o drugiej w nocy w 2020 roku. Akurat w tym czasie, kiedy były pierwsze przypadki pojawienia się COVID-10. On co prawda dużo palił i miał jakieś objawy związane z klatką piersiową, z oddychaniem i przypuszczano, że to jest sprawa związana z płucami. Potem zapadła decyzja, że musi trafić na onkologię i w ciągu tygodnia zmarł. To było w lutym, a w marcu wprowadzono lockdown.

Jakie było pani dzieciństwo? Dało pani dobrą bazę do długiego życia?

Urodziłam się na Białorusi. Moje dzieciństwo było bardzo naturalne. Moja rodzina nie była biedna, mieliśmy 50 hektarów ziemi i własny las. Dziadek był zdunem i myśliwym przy okazji, a ojciec musiał pracować na tej ziemi, chociaż nie sam, bo miał pomocnika. Mama do wojny miała służącą, ale potem to wszystko się skończyło i byliśmy wyznaczeni na wywózkę na Sybir. Na szczęście to się nie zrealizowało. Jak się wojna skończyła, to pierwsza rzecz, jaką nam mama powiedziała, to "Jedziemy. Zostawiamy wszystko, nieważne co z tym będzie. Opuszczamy wszystko i jedziemy do Polski". I przyjechaliśmy do Koszalina, który był w tym czasie bardzo zniszczonym miastem.

Wtedy inaczej wychowywano dzieci.

Dzieciństwo zmuszało nas do pobudzania wyobraźni, bo lalkę trzeba było sobie uszyć, albo krasnala - zrobić mu z papieru czapkę i do jajka przykleić. Jak się zaczynała wiosna i paprocie, a miałam dwie siostry starsze i dwie młodsze, to ubierałyśmy się w paprocie i chodziłyśmy po lesie. Same sobie stwarzałyśmy świat, który teraz można znaleźć w telewizji, grach komputerowych czy w internecie.

Jest pani samodzielna w dziesiątej dekadzie życia, ale nie ma dzieci czy wnuków. Czy żałuje pani, że nie zdecydowała się na potomstwo?

Nie, bo to była absolutnie świadoma decyzja z mojej strony, że nie będę miała dzieci. To było postanowienie z dzieciństwa, dlatego, że niedaleko od nas Niemcy palili szopę, do której spędzili kilka rodzin żydowskich. To było lato, druga połowa sierpnia i spalili ich razem ze zbiorami, które były już częściowo w szopach. To był taki swąd, widziałam tylko czarny dym z tej szopy. Mama nam nie pozwoliła wyjść, zamknęła dom i powiedziała "Nie patrzcie na to". Byłam tak tym poruszona, że powiedziałam sobie: "Ja nie chcę żyć. Jak tak się żyje, to ja nie chcę dorastać. Nie będę miała dziecka, bo zawsze się będę bała czy to dziecko nie ma żalu do mnie, że żyje".

Do tego aktorkom trudno było pogodzić pracę z macierzyństwem w tamtych czasach…

To prawda. Muszę powiedzieć, że ja też dosyć długo byłam wycofana w podejściu do życia i bardzo nieufna. Dopiero po maturze, jak już chodziłam do teatru, do kina i marzyło mi się, żeby być aktorką… Dopiero jak się to już udało, to poczułam się osadzona w życiu. Ale w Warszawie byłam sama, nie miałam żadnej rodziny. Jeżeli miałabym dziecko, to nie mogłabym uprawiać zawodu, bo nie miałabym pomocy, nawet przedszkola nie były zbyt popularne. Dziecko byłoby dla mnie poważnym problemem.

Szczególnie że aktorzy wychodzą czasem na cały dzień, są próby i wieczorem są nieobecni w domu. Doszłam do wniosku, że nie muszę mieć dziecka, bo nie miałam takiej wewnętrznej potrzeby. Raczej miałam obawę, że będę żałowała, że to dziecko jest i ma do mnie żal. Bo ja miałam taki żal do rodziców, choć oczywiście nie powiedziałam im tego. Myślę, że dzieci powinni mieć ludzie, którzy naprawdę tego potrzebują. Dziecko to powinna być świadoma decyzja i bardzo duża odpowiedzialność.

Teraz kobiety odważnie mówią, czego chcą. Kiedyś decyzja o braku dzieci była uważana za niezrozumiałą, obecnie jest często spotykana.

Kobiety są przygotowane do pełnienia funkcji i do pracy. Kiedyś funkcją kobiety była żona, ewentualnie służąca. Oczywiście w świecie były kobiety, które były naukowcami, nawet polskiego pochodzenia. Ale Polska była dosyć zacofana przez zabory, nie mieliśmy czasu, żeby okrzepnąć i zacząć stanowić o sobie. A po wojnie był taki czas i "serdeczna opieka" Związku Radzieckiego - kobiety tylko na traktory posadzili i to już był awans, że kobieta mogła prowadzić traktor.

Uważa pani, że teraz kobiety mają lepiej w życiu niż w czasach pani młodości?

Tak, myślę, że mają lepiej, bo otrzymałyśmy równouprawnienie. To jest ważne, bo przedtem kobieta bała się stracić męża, bo co wtedy będzie robiła? Z czego będzie żyła? Ona na ogół nie pracowała, bo nie miała zawodu ani wykształcenia. W mniejszych miejscowościach czy na wsiach nie było szkół, a dziewcząt nie wypuszczano do internatu, najwyżej do szkół katolickich, gdzie siostry zakonne wychowywały dzieci. A w tych szkołach też dziewczęta nie były przygotowywane do zawodu, tylko do bycia potulną, grzeczną, do nieoczekiwania niczego, a najważniejszą funkcją było urodzenie dziecka.

Wspomniała pani, że jako dziecko była molestowana przez księdza. Jak to doświadczenie panią zmieniło?

To było taka druga rzecz, która zachwiała moją pewnością siebie. Bo moja mama była bardzo pobożna i mieszkaliśmy około trzech kilometrów od kościoła. To, co się stało, było dla mnie złamaniem jakiegoś kanonu. To było przed Wielkanocą, byłam przewodniczącą krucjaty i z księdzem ubieraliśmy grób. W kościele było zimno i stałam, cała trzęsąc się z chłodu. Ksiądz mówi: "Zimno ci?", ja potwierdzam, więc mówi: "No to chodź, ja cię ogrzeję". I ja z całą naiwnością dziecka podchodzę, bo myślę sobie: "Dobrze. Otuli mnie tym płaszczem". A duchowny zarzucił na mnie ten płaszcz, a potem złapał mnie za piersi i ścisnął. Poczułam taki ból, nieoczekiwany, zaskakujący i jedyne, co mi się udało zrobić, to ramionami odbić go od siebie i uciec.

Ile pani miała lat wtedy?

Jedenaście. I potem przyszłam do niego, żeby powiedzieć, że nie chcę być już w krucjacie. Ksiądz patrzył na mnie i słowa nie chciał wypowiedzieć. Trzy razy powiedziałam: "Króluj nam Chryste". On na to słowa nie powiedział, więc zamknęłam drzwi z płaczem i poszłam. Potem długo nie chodziłam do kościoła. Ale to, co się dzieje teraz, o czym słyszymy, to jest niestety jakaś plaga.

Wydaje mi się, że nauczycieli, którzy wykorzystują młodzież, jest zdecydowanie mniej, niż księży. Ale z drugiej strony jest przecież też skłonność u mężczyzn do chłopców i teraz też się głośno o tym mówi. Ale kiedyś tak nie było.

Czy związek i miłość pani zdaniem są ważne? Pozwalają lepiej żyć, pomagają w długowieczności?

Ja oczekiwałam przez całe życie takiego doznania z dzieciństwa. Miałam wtedy chyba trzy lata i przyszedł mężczyzna, który był trochę wyższy od ojca i wziął mnie na ręce. Uniósł mnie prawie pod sufit i wtedy po raz pierwszy wszystko zobaczyłam z innej perspektywy.

To zrobiło na mnie takie wrażenie, że potem po nocach mi się śniło, że dzieje się ze mną coś niezwykłego. I tak czekałam na tę jakąś postać, która zadziwi mnie, uniesie mnie i takie były moje oczekiwania. Małżeństwo jednak nie było do końca udane, ale byliśmy do końca ze sobą, bo jeżeli przyrzekłam, to uważałam, że należy się wywiązać.

Kiedyś kobieta była mniej wykształcona i bardziej uzależniona od męża i cierpiała. Mąż mógł ją bić i się nad nią znęcać, ale ona od niego nie odchodziła.

Jednak kobiety żyją dłużej. Są psychicznie silniejsze od mężczyzn, bardziej odporne na trudne sytuacje?

Tak i trudno się temu dziwić, ponieważ kobieta nosi w sobie płód, a potem przez pewien czas musi dbać o to, żeby to dziecko pielęgnować, chronić przed chorobami. Mężczyźni się kiedyś tym nie zajmowali, a bywało, że mąż przychodził i mówił, że jest zmęczony, kładł się i kazał sobie zdejmować buty i się obsługiwać, podawać jedzenie na stół i potem jeszcze wymagał, żeby żona podłogę umyła.

A co by pani doradziła młodym ludziom, którzy chcą dożyć wielu lat w dobrym zdrowiu, gdy patrzy pani na swoje życie?

Przede wszystkim udało mi się uprawiać zawód, który wybrałam. Udało mi się też być aktywną fizycznie, bo mnie to pomagało. Do dziś zrobię szpagat, choć mostku już nie mogę. W szkole, jeszcze przed maturą, grałam w siatkówkę i biegałam.

Miałam też bardzo dobrą pamięć i jak coś przeczytałam, to od razu mi to w głowie zostawało. Kiedyś napisałam sprawdzian i otrzymuję zeszyt z oceną niedostateczną, bo "ściągnięte z książki". Wkurzyłam się…

A pani po prostu zapamiętała dosłownie całą treść?

Tak, ja to wszystko pamiętałam. Naprawdę istotną rzeczą w życiu jest być w zgodzie ze sobą. Nie tak egoistycznie, bo uwzględniać też innych ludzi, ale zastanawiać się, co jest dla mnie istotne, co mnie wprawia w dobry nastrój i analizować samego siebie.

Jeszcze jest jedna rzecz, bardzo istotna. Przykazanie "Nie rób drugiemu, co tobie niemiłe" jest w moim przypadku jednym z najważniejszych przykazań. Często bez uzasadnienia tak się zachowujemy, że komuś robimy krzywdę czy zasmucamy go, a to nie jest warte tego, o co nam chodzi.

Helena Norowicz to polska aktorka teatralna, filmowa i telewizyjna, a także modelka, która zdobyła szerokie uznanie w późniejszym okresie swojego życia. Urodziła się 14 listopada 1934 roku. Jest absolwentką Państwowej Wyższej Szkoły Teatralnej w Łodzi (obecnie Akademia Sztuk Teatralnych).

Przez wiele lat była związana z Teatrem Dramatycznym w Słupsku. Choć jej kariera aktorska w filmie i telewizji była raczej epizodyczna, Helena Norowicz pojawiła się w kilku produkcjach, zyskując rozpoznawalność dzięki swojej charyzmatycznej osobowości i talentowi.

Szeroką popularność zdobyła w wieku 80 lat, gdy rozpoczęła karierę modelki. Jej współpraca z polskimi projektantami mody, takimi jak Bohoboco oraz sesje zdjęciowe w magazynach modowych, zyskały ogromne uznanie. Jej niezwykła uroda, smukła sylwetka i elegancja przełamywały stereotypy dotyczące wieku w świecie mody, co uczyniło ją symbolem dojrzałego piękna i inspiracją dla wielu osób.

Joanna Rokicka, dziennikarka Wirtualnej Polski

Masz newsa, zdjęcie lub filmik? Prześlij nam przez dziejesie.wp.pl

Wybrane dla Ciebie